Muszę się przyznać. Wywiało mnie. Do Portugalii. Na… Eurowizję! Ale że na ten „festiwal kiczu i złego smaku”? Tak, tam! Konkurs Piosenki Eurowizji ma nam więcej do zaoferowania niż sądzimy. I na pewno nie jest takim epicentrum zła, jak przyjęło się o nim sądzić. Czas rozprawić się z eurowizyjnymi mitami i stereotypami!
W tekście w odnośnikach znajdziecie wiele świetnych i niebanalnych zdaniem autorki tekstu utworów które przewinęły się przez lata przez eurowizyjne sceny. Zachęcam do zapoznania się – może właśnie dziś odkryjecie nową muzykę która zostanie z Wami na dłużej :)
Czym jest Konkurs Piosenki Eurowizji? To coroczne święto europejskiej muzyki, trampolina do poznania kultur i języków naszego kontynentu, oraz jedyne w swoim rodzaju zawody sportowe na muzycznym gruncie. Dla „powsinogi” jaką jest autorka tekstu to także pretekst to podróży małych i dużych. Z technicznego punktu widzenia mało które wydarzenie muzyczne może się pochwalić taką skalą, rozwiązaniami technicznymi i logistyką.
Każdego roku śledzą go miliony Europejczyków, wprawiając na tydzień wszystkich Amerykanów (oraz oczywiście przedstawicieli innych „nieeurowizyjnych” nacji) w niemałą konsternację. Eurowizja (w skrócie od oficjalnej angielskiej nazwy Eurovision Song Contest – ESC) to ewenement na skalę światową. I wcale na ten świat nie zamknięty.
Jeszcze do niedawna widzowie ESC zadawali sobie pytanie: „Co tam robi Izrael?”. Dziś jeszcze większe poczucie absurdu wzbudza obecność w tych teoretycznie europejskich zmaganiach muzycznych Australii. O ile udział tego pierwszego kraju można tłumaczyć bliskością geograficzną jak i kulturową, a także po prostu położeniem w strefie Europejskiej Unii Nadawców (EBU), o tyle przypadek tego drugiego to zupełnie inna historia. Australijczycy kochają ten Konkurs i od wielu lat chcieli być jego częścią. W końcu udało się ubłagać EBU i oto są i walczą. Raz nawet otarli się o eurowizyjne zwycięstwo. Co roku ten kraj jest ulubieńcem jurorów dzięki wysyłaniu bardzo przyjaznych radiowo utworów.
Konsternacja związana z zasadami doboru krajów uczestniczących i stereotypy dotyczące tego co prezentowane jest na Eurowizji nie wpływają na jej dobrą opinię. Te drugie jednak mają to do siebie, że bardzo często do tego stopnia generalizują pewne zjawiska, że ostatecznie wcale ich nie przedstawiają. Dla wielu widzów to po prostu nic więcej niż tylko kicz, zły smak i niskiej jakości muzyka. Postaram więc zmierzyć się z najpopularniejszymi względem tego „festiwalu” mitami.
Mit I – Eurowizja to głównie słabej jakości muzyka.
To nie jest tak, że na ESC są samej najlepszej światowej klasy artystyczne perełki nad którymi rozpłynie się każdy krytyk muzyczny, ale też nie jest to siedlisko najgorszego sortu muzyki jaka istnieje na tym świecie. Skala jakości piosenek eurowizyjnych jest szeroka. Niestety, te lepsze czasami po prostu nie zostają dostrzeżone przez widzów czy też nawet przez samych jurorów. Tu działa zasada podobna do tej dobrze znanej z polskiego gruntu „Nie lubię disco polo ale sobie posłucham”. Teoretycznie mające złą opinię utwory zachodzą wysoko a przez to są mocniej zauważone, ponieważ głosujący, choć nie mówią tego głośno, lubują się w czymś prostym do czego można potupać sobie nóżką. Na szczęście nie jest to mocną regułą, tak naprawdę dużo genialnych utworów zajmuje zasłużone wysokie lokaty, są jednak pewne świetne eurowizyjne propozycje, które się nie wybroniły. W zeszłym roku gdzieś w odmętach pierwszego półfinału utonęli tragicznie duet Norma John z Finlandii, Islandka Svala, czy łotewski zespół Triana Park. W tym roku, trochę na własne życzenie, przepadła Belgijka Sennek z bardzo intrygującym utworem „A Matter Of Time”. Na scenie jednak też trzeba umieć się zaprezentować, w końcu to EuroWIZJA.
Mit II – Eurowizja to święto kiczu
Cekiny, fajerwerki, jaskrawe kolory i dużo przesady. Są to nieodłączne elementy dużego show rozrywkowego – a takim jest właśnie Konkurs Piosenki Eurowizji. Podobnie jednak jak w przypadku mitu I – przaśność na Eurowizję monopolu nie ma. Z drugiej zaś strony cekiny czy fajerwerki nie są największym złem tego świata. Przy odpowiednio dobrym zastosowaniu mogą pomóc stworzyć wizualny majstersztyk – niech przykładem będą tutaj występy sprzed dwóch lat: australijski oraz ormiański. Tego samego roku Gruzja zafundowała nam psychodeliczny spektakl wrażeń. Dla minimalizmu scenicznego na Eurowizji też jest miejsce, a jakże! Czasem wystarczy tylko wyjść i zaśpiewać – to starcza aby chwycić za serca słuchaczy. Tak zrobił chociażby Estończyk Ott Lepland w 2012 roku czy duet Norwegów Mørland oraz Debrah Scarlett w 2015 roku – w obu przypadkach rezultatem było miejsce w pierwszej dziesiątce.
Mit III – Eurowizja nie ma żadnego znaczenia w świecie muzycznym.
Konkurs Piosenki Eurowizji dał nam takie legendy jak ABBA, Domenico Modungo czy Celine Dion. Dziś ESC ciągle kreuje gwiazdy. Może i w bardziej lokalnym wymiarze, ale niezaprzeczalnie udział w tym Konkursie pomógł w karierze niejednego wykonawcy. Jest to świetna platforma do zaprezentowania swojej twórczości. Coś lepszego niż zwykły talent show – tutaj oprócz właśnie talentu możesz zaprezentować także repertuar. W 2015 roku Eurowizja pokazała nam dwa niebanalne zjawiska muzyczne które do tej pory są zauważalne w swoich krajach: Belga Loica Notteta oraz Łotyszkę Aminatę.
W Konkursie biorą też udział zasłużone lokalne gwiazdy. Często wiąże się to z wypracowaną tradycją wysyłania „nazwisk”. W Holandii narodziła się ona dzięki startowi i świetnemu wynikowi jednej z najbardziej szanowanych artystek w tym kraju – Anouk. Włosi zaś co roku wysyłają uczestników bądź zwycięzców festiwalu Sanremo – najistotniejszego wydarzenia muzycznego w tym kraju. Jedną z piosenek która wpierw zachwyciła Italię, a potem też całą Europę było „L’Essenziale” w wykonaniu Marco Mengoniego. Oczywiście bycie sławnym nie oznacza z góry eurowizyjnego sukcesu – na liście „wielkich przegranych” figurują chociażby Bonnie Tyler, Kate Ryan czy Cascada.
Mit IV -„Eurowizja to konkurs polityczny”
Polityka tak naprawdę na Eurowizji nigdy nie grała znaczącej roli. Dużym problemem jest zaś głosowanie diasporowe. Każdy kto może znajdując się poza granicami kraju głosuje na swoich. Co ciekawe – miniona Eurowizja okazała się być katastrofalna dla krajów, które zazwyczaj na tego typu wsparciu korzystały najbardziej. Do finału nie dostały się chociażby Armenia, Azerbejdżan, Grecja, Rosja, Rumunia czy… Polska. Sukces odniósł zaś Cesar Sampson. Reprezentant Austrii, kraju, który nie może liczyć na żadne „sąsiedzkie wsparcie” nie tylko zapewnił swojej ojczyźnie piąty z rzędu udział w eurowizyjnym finale, ale też udało mu się zająć miejsce w konkursowym top 3.
Mit V – „Eurowizja to jeden wielki spisek, a wyniki są niesprawiedliwe”
Autorka tego tekstu za każdym razem, kiedy słyszy, że Eurowizja jest konkursem ustawionym ma ochotę parsknąć śmiechem. A spotyka się niestety z tym oskarżeniem dosyć często. Jest to ze wszystkich wymienionych mitów najbardziej irracjonalny z nich. ESC ma oczywiście swoje grzeszki. Niektóre kraje lubią dogadywać się z innymi względem wzajemnej pomocy. Stały obserwator tego Konkursu widzi to jak na dłoni. Ale też dostrzega też jak marginalne takie układziki mają znaczenie. Gust ludu i tak zawsze wygrywa.
Duże poczucie niesprawiedliwości (a co za tym idzie chęć do przychylania się do teorii spiskowych) wiąże się często ze słabymi wynikami naszych faworytów czy też po prostu naszego kraju. Tutaj posłużę się cytatem zaczerpniętym z facebooka Liama Clarka, fana Eurowizji i jednocześnie corocznego członka eurowizyjnej delegacji estońskiej:
„Powodem, dla którego Twój kraj nie wygrał Eurowizji nie jest polityka, wojna w Syrii, czy może dlatego że nikt Was nie lubi bądź też Wam zazdrości. Twój kraj nie wygrał dlatego, że większość większość ludzi polubiła inną piosenkę bardziej. I to jest ok. Są 43 piosenki na Eurowizji. Któraś musi być siódma (…) któraś musi być ostatnia. Nawet jeśli wszystkie piosenki są świetne ludzie ciągle będą mieli swoje zdanie o nich i któraś z nich będzie musiała być ostatnia (…).
Każdy z ostatnich zwycięzców eurowizyjnych dał nam coś niesamowitego. Jamala z Ukrainy zaprezentowała niebanalny, bardzo nowoczesny utwór przepełniony bólem „1944”, Salvador Sobral z Portugalii zagrał na emocjach widza dzięki „Amar Pelos Dios”, a Netta Barzilai z Izraela kolokwialnie mówiąc „rozwaliła system” swoją zwariowaną propozycją „Toy”. Każdy z tych utworów był na swój sposób odważny. Żaden z nich nie wpisywał się w standardowe kanony Konkursu Piosenki Eurowizji. Te trzy triumfy pokazały jak otwartym na sztukę wydarzeniem jest ESC. Udowodniły, że nieważne skąd jesteś, czy Twój kraj jest „lubiany” czy nie, czy masz za sobą wsparcie sąsiadów czy może „nikt o Was nie dba” – jeśli robisz coś niesamowitego w obszarze muzycznym i robisz to dobrze – to jest to konkurencja dla Ciebie.
Nasz kraj kiedyś był jednym z najciekawszych uczestników tego Konkursu. Występy Edyty Górniak, Justyny Steczkowskiej, Kasi Kowalskiej czy Anny Marii Jopek do tej pory ciepło wspominane są przez eurowizyjnych fanów z całego świata. Nie ma co się dziwić, każda z tych Pań zaprezentowała fenomenalnie polską kulturę muzyczną lat 90-tych. Niestety, gdzieś po drodze się zagubiliśmy – starając się dogonić eurowizyjne standardy Polska przestała się na tym Konkursie liczyć. Osobiście uważam, że tylko konkretny pomysł wysłania CZEGOŚ (nie mylić z czymkolwiek) mógłby pomóc nam na ESC. Może porządna polska alternatywa? Brodka, Koteluk, Zalewski, The Dumplings, … – co sądzicie? A może macie jakieś własne pomysły?
Wasza HoSanna
Foto: Andres Putting/eurovision.tv



