Czasem mamy potrzebę oglądania po prostu delikatnie mówiąc słabej jakości filmów – nasza ludzka natura potrzebuje od czasu do czasu przeciorać po błocie nasze artystyczne zmysły. Dlatego dzieła „tak złe, że aż dobre” zawsze mają swoich zwolenników. Co jednak, jeśli film jest aż tak zły, że nawet do tej kategorii się nie kwalifikuje?
Muszę przyznać, że takiego gniota jak „Made In Italy” nie miałam okazji zobaczyć dawno. Może i „gniot” jest wyrażeniem wydawałoby się dość mocnym. W słownictwie piekarniczym oznacza źle upieczone pieczywo. Gdybyśmy filmy potraktowali jak chleby i bułki to z pewnością po zjedzeniu tego, ekhm, dzieła dostalibyśmy na pewno niestrawności.
W tym filmie nie wyszło nic. Nawet jeśli gdzieś można wyczuć niemrawe zarysy tego, co reżyser chciał nam przekazać – raczej żadne z założeń Luciano Ligabue nie udało się osiągnąć.
A co nam chciał przekazać?
Od dramatu życia przeciętnego Włocha, przez małżeńską komedię romantyczną, wątki motywacyjne, klasyczny *bromance po kino turystyczne, a wszystko to okraszone echami największego dzieła twórcy „Made In Italy” Luciano Ligabue czyli „Radiofreccia” z 1988. Akcja dzieje się także w miejscowości Correggio a główną rolę po raz kolejny gra Stefano Accorsi.
Mamy więc klasyczne „wszystko i nic”. Główny bohater Riko żongluje rolami życiowymi. W każdej z nich jest po trochu herosem, po trochu nieudacznikiem, a po trochu taką trochę mimo wszystko szyją.
Najbardziej przesadnym i wręcz śmiesznym motywem filmu jest depresja głównego bohatera po wyrzucenia z pracy. Naprawdę utrata stanowiska na taśmie w fabryce mortadeli za śmieszną stawkę jest powodem do półrocznego kryzysu egzystencjalnego zakończonego próbą samobójczą? Nawet jeśli – na pewno w przypadku Riko takie rozwiązanie fabularne nie przekonuje. Jest on mimo wszystko przedstawiony jako zbyt zaradna postać, aby nie móc sobie poradzić z faktem, że przestaje wreszcie dzień w dzień napełniać folie mięsną mielonką.
Zastanawiające jest też to jak mu się udaję udobruchać rozgoryczoną od lat żonę chwilową „poprawą” zachowania, by potem mieć ją kompletnie gdzieś a ona już będzie wpatrzona jak w obrazek? Mimo wszystko przecenia się tutaj kobiecą cierpliwość i oddanie małżeńskie, choć filmowej Sarze bliżej do wyidealizowanej wizji stworzonej w umysłach mężczyzn wychowanych w kulturze macho niż do realnej pani domu. Oczywiście warto wspomnieć, że według standardów narzuconych w tej patriarchalnej kulturze mężowi można regularnie zdradzać swoją żonę, ale na odwrót to już jednak nie bardzo, co oczywiście ma swój oddźwięk w filmie.
Jedną z bohaterek filmu, i to niekoniecznie drugoplanową, jest panorama włoskiego krajobrazu. Nachalnie wyskakuje nam niemalże z każdej dziury krzycząc „patrzcie, jestem, o tutaj, i tutaj, nie omińcie mnie czasem”. „Made In Italy” to przykład kinematografii turystycznej, gdzie widoki kraju/miasta traktuje się jako swoisty Product Placement. Za dużo tego, nachalnie i niepotrzebnie. Choć trzeba przyznać że ładnie.
Jedyny moim skromnym zdaniem udany moment filmu to krótki żart sytuacyjny:
„Czy słyszałeś żeby jakikolwiek Włoch pojechał do Rzymu w celach turystycznych? Będziemy pierwsi!”
Jakże to prawdziwe w odniesieniu do tak wielu z nas. Rzadko kiedy podziwiamy to co blisko nas w zamian szukając piękna i wrażeń gdzieś daleko.
Jeśli jednak chcecie obejrzeć jakąś dobrą włoską tragikomedię z bajecznie piękną Kasią Smutniak to odsyłam jednak do „młodęgo klasyka” czyli „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Nie pożałujecie ;)
Wasza HoSanna

*Bromance – „bliska, emocjonalna, nieseksualna relacja pomiędzy dwoma lub więcej mężczyznami”, źródło, a jakże, wikipedia ;)
Foto: Eventidigitali Films, Medusa Film, Zoo Aperto, Rivervarossa, Fandango, Regione Emilia-Romagna



