Nowe Horyzonty ’18: festiwal filmowych wspaniałości

Wrocławskie Nowe Horyzonty – jedno z najistotniejszych wydarzeń filmowych w kalendarzu polskiego kinomana. Kolejna edycja za nami. Nie zabrakło w tym roku w sercu Dolnego Śląska także HoSanny. Dwa dni, jednak zawsze, wystarczyły, aby „liznąć” kilku ciekawych premier, które w najbliższym czasie zawojują powszechnie polskie kina.

Nowe Horyzonty? Chyba ciężko o bardziej dopasowaną nazwę do festiwalu. Wydarzenie to już od 18 lat nie tylko wprowadza do polskiego kina najważniejsze nowości ze świata, ale także stara się poszerzyć filmowe perspektywy widzów. Tutaj nie ma miejsca na komercyjną papkę, tutaj kino nie jest rozrywką prostą niewymagającą rozrywką – lecz i tak co roku festiwal przyciąga tłumy, wypełniając (obszerne przecież) sale kilkupiętrowego nowoczesnego budynku kinowego dzielącego nazwę z goszczącym tam wydarzeniem. 9 sal nie wystarcza – wspomaga położone nieopodal Dolnośląskie Centrum Filmowe.

Jakiego rodzaju dobra filmowe można znaleźć na Nowych Horyzontach? To przede wszystkim ciekawostki i smaczki z całego świata. Od perełek, które być może już nigdy indziej nie zostaną pokazane na polskiej ziemi,\ po premiery wyciągnięte prosto z Cannes czy Berlina. Zadowoleni będą zarówno skrajni „hipsterzy”, jak i, można by tak ująć „psychofani kina” wyczekujący niecierpliwie na seanse najlepszych dzieł kinematografii danego roku. Po raz pierwszy w Polsce Wrocław pokazał takie tytuły jak m.in. nagrodzonych Złotą Palmą „Złodziejaszków” czy Złotym Niedźwiedziem „Touch Me Not”. Zadebiutowały także najnowszy film duńskiego mistrza Von Triera „Dom, który zbudował Jack” oraz hybryda animacji oraz dokumentu „Jeszcze Dzień Życia”, której bohaterem jest mistrz reportażu Ryszard Kapuściński.

Miłośnicy klasyków także znajdą coś dla siebie – nie brak w programie również retrospektyw Wielkich Świata Kina. W tym roku widz mógł przypomnieć sobie twórczość między innymi Ingmara Bergmana, Nicolasa Roega czy Ildikó Enyedi (jednym z jej dzieł jest nominowane ostatnio do Oscara „Dusza i Ciało”). Dla filmowych „podróżników” w tym roku przygotowana została sekcja kina irańskiego.

Nad całością w tym roku czuwał slogan „Kino Sztuka Wyjścia” okraszony hipnotuzującym wizualnym motywem przejścia. Kwadratowy otwór przez który patrzy na nas gwieździste niebo. Do wyjścia prowadzą pasy światła. Wokół natura przejmuje władzę nad miejscem, które kiedyś przywłaszczyły sobie istoty ludzkie. Materiały do plakatów i spotów stworzone zostały w opuszczonym silosie koło Żagania. Za instalację artystyczną odpowiadał Łukasz Bergera Film od samego początku swojego istnienia otwierał nasze jaźnie na nowe doznania, zmieniał punkt widzenia, tworzył oraz obalał idee. Jego rola w tworzeniu światopoglądu jest niedoceniana, lecz jakże istotna.

Autorka tekstu w trakcie swojego krótkiego (niestety) kontaktu z tegorocznym festiwalem postanowiła pozwolić sobie na przyjemność przyspieszenia kontaktu z kilkoma gorącymi tytułami oraz nadrobić pewne zaległości. Postawiła na kontakt ze światem mistrza Bergmana – tym razem jednak nie na dzieło samego wielkiego Szweda, a na filmowy zapis happeningów artystyczno-tanecznych inspirowanych jego filmami. Wybrała się także na litewsko-polsko-ukraiński hit minionej edycji NH „Szron” – niestety, mimo mocnej fascynacji Wschodem Europy, wyszła z seansu dosyć umęczona i rozczarowana. Świat ukraińskiej wojny jak najbardziej słusznie przeraża, szkoda jedynie, że jest on pokazany z perspektywy „bohatera-chorągiewki”. Dlatego nie zagłębimy się tutaj w perypetie Litwina Rokasa, a przejdziemy do czterech tytułów, przy których zdaniem HoSanny zdecydowanie można zaznaczyć na Filmwebie opcję „Umrę jak nie zobaczę”.

Czarne Bractwo. BlacKkKlansman

Jedno zdanie – czarny policjant, któremu udaje się przeniknąć w szeregi Ku Klux Klanu. Tyle w sumie wystarczy, aby wzbudzić zainteresowanie nowym filmem Spike’a Lee. Tych kilka słów już obiecuje niezłe wariactwo. Pod względem spiętrzenia absurdów „Czarne Bractwo” nie rozczarowuje.

Tworząc klimat lat 70-tych Spike Lee odwołuje się głównie do nurtów kina akcji tamtego czasu. Mamy więc wymuskanego dobrego glinę, wyraźnie zarysowaną granica między dobrem a złem czy ścieżkę dźwiękową opartą głównie na jednym charakterystycznym motywie. Grany przez Johna Davida Washingtona Ron Stallworth to ucieleśnienie cnót – jednocześnie wzorowy obywatel Stanów Zjednoczonych Ameryki oraz oddany zwolennik sprawy Czarnych Braci. Jego fryzura afro przystrzyżona jest jest jak od linijki. Nie brak oczywiście odpowiedniego partnera. Filip Zimmerman (Adam Driver) to również „dobry” glina, ale już nie tak kryształowy i przepełniony ideałami jak kolega – od zbawienia świata dużo ważniejsza dla niego jest własna wygoda. Nie brak też nawiązań, czy też stylistycznych czy bezpośrednich, do hitów „czarnego” kina tego okresu.

„Czarne Bractwo” nie jest jednak pozbawione wad. Stety-niestety zdecydowano się tutaj nie tylko po prostu przedstawić historię (opartą na faktach), lecz pokuszono się o wplecenie tonu moralizatorskiego, skręcenie w stronę kina zaangażowanego społecznie. Problemem nie jest sam fakt wystąpienia tego typu górnolotnych zapędów. Jest nim nieumiejętne połączenie ich z klimatem groteski. Nie można się momentami oprzeć wrażeniu, że naraz ogląda się dwa zupełnie różne filmy – nastrojem nijako do siebie przystające.

Mimo tych nieścisłości „Czarne Bractwo” ogląda się bardzo przyjemnie. Seans zdecydowanie można polecić każdemu, kto ma ochotę po prostu dobrze rozerwać się w kinie po ciężkim dniu. Mimo kilku mocnych fragmentów, nie jest to kino wyczerpujące emocjonalnie, nie można też jednak powiedzieć, że jest to pusta przyjemność.

Poza tym – nie ma lepszych filmów do oglądania w kinie niż te o zabarwieniu komediowym. Gdy cała sala wspólnie wybucha śmiechem każdy gag cieszy dwa razy. Zwłaszcza na Nowych Horyzontach, gdzie sporej wielkości pomieszczenie wypełniło się do ostatniego fotela…

Polska premiera: 14 września

Thelma

Omówienie tego filmu musi koniecznie zostać poprzedzone pewnym wstępem. Ostatnio zarówno w świecie kina jak i serialu nie można nie zauważyć istnienia trendu na pokazywanie jednej z grup środowiska LGBT. O ile sama obecność w kinematografii przedstawicieli tej zbiorowości nie jest nowością, o tyle sam krąg lesbijski nie miał jeszcze do niedawna zbyt pokaźnej historii na rynku filmowym. Bohater-gej, zarówno w w wersji „naturalnej”, czy jako „Królowa Nocy” Drag Queen nie szokuje już chyba nikogo. Mieliśmy też taki okres, kiedy każda „szanująca się” bohaterka komedii romantycznej musiała mieć przyjaciela geja. Oczywiście nie brakowało arcydzieł opowiadających o miłości męsko-męskiej – takich chociażby jak niezaprzeczalnie genialna „Filadelfia” z Tomem Hanksem.

Lesbijek było jednak w ruchomych obrazach zdecydowanie mniej. Nie jest jednak tak, że nie pojawiały się wogóle – warto przytoczyć tutaj chociażby tytuł „Smażone Zielone Pomidory” z 1991, gdzie historia kręci się właśnie wokół miłości dwóch kobiet. Mimo wszystko temat ten był, niejako miało się wrażanie, zamieciony pod dywan. Teraz jednak zdecydowanie próbuje się nadrobić zaległości lat posuchy. Emancypacja kobiet rozwinęła się także w środowisku LGBT. Z ważniejszych tytułów prężnie rozwijającego się kina lesbijskiego warto wspomnieć grane właśnie w polskich kinach „Nieposłuszne” czy właśnie „Thelmę”.

„Thelma” to nie jest jednak głównie kino skupiające się na problemach z jakimi mierzyć się muszą pary jednopłciowe. Orientacja seksualna jest tylko jedną z cech tytułowej bohaterki i nie determinuje ona tematyki dzieła. Dużo ważniejsze są tutaj trudne relacje rodzinne, skomplikowana historia oraz ponadprzeciętne umiejętności młodej studentki – a wszystko to doprawione jest tradycyjnym skandynawskim mrokiem.

Może i „Thelma” nie jest filmem przełomowym w swoim gatunku (dramat fantasy), jest to jednak kawał dobrego rzemiosła. Gra tutaj wszystko – od scenariusza, przez grę aktorską po efekty specjalne. Emocje serwowane są tutaj w odpowiednich dawkach, aby utrzymać widza w stanie podniecenia i niepokoju przez cały seans. Zderzenie światów: ultra-religijnego oraz po prostu młodzieżowo-zbuntowanego zachodzi płynnie, dwa nie przystające do siebie realia zaczynają się coraz mocniej przenikać, zwłaszcza, gdy kolejne zdarzenia napędza niewytłumaczalna i niszczycielska (wydawałoby się) siła.

Film zdecydowanie przypadnie do gustu wielbicielom tajemniczych i niepokojących klimatów. Oraz estetom – bo to przede wszystkim dobrze wykonany obraz, gdzie wszystko jest na swoim miejscu.

Film grany jest  polskich kinach od 8 czerwca.

Fuga

Gdzieś zapodziało się „i żyli długo i szczęśliwie” – jak to w życiu niestety bywa. Zamiast bajki – klatka. Więzienie, które w pewnym momencie doprowadza do krańca wytrzymałości. Powstaje fuga – oddziela w głowie teraźniejszość od przeszłości, betonuje dostęp informacji sprzed pewnego okresu. Człowiek nie wie kim jest, skąd pochodzi, ile ma lat.

To właśnie przytrafiło się głównej bohaterce filmu Agnieszki Smoczyńskiej. Grana przez Gabrielę Muskałę Alicja tkwiła w nieszczęśliwym małżeństwie, wtłaczała się we wszystkie istniejące nakazy życia społecznego. Kinga, którą staje się Alicja, jest kobietą która nic nie musi. Pojawienie się jej po dwóch latach nieobecności w miejsce swojego alter ego burzy pozorny ład i harmonię rodziny i obnaża prawdy. Główna bohaterka z „Matki Polki” żyjącej pięknym w teorii życiem przeistacza się w kobietę z marginesu społecznego. I dopiero w tej formie jest naprawdę szczęśliwa i wolna.

Muskała nie tylko zagrała Kingę oraz Alicję. Stworzyła ona także scenariusz do filmu. Artystkę od lat fascynuje temat tożsamości i pamięci. Choroby od Alzheimera (na co cierpiała babcia Muskały) po fugę dysocjacyjną właśnie sprawiają, że tracimy rzeczywistość. Co się z nami dzieje i gdzie w tym wszystkim pozostaje nasze człowieczeństwo? Są to pytania, na które bardzo ciężko znaleźć odpowiedzi.

Smoczyńska dopiero rozwija się jako reżyserka, nie można jej jednak już teraz odmówić talentu. Młoda twórczyni nie boi się tworzyć filmów nie koniecznie mieszczących się w obowiązujących kanonach. Jej poprzedni, debiutancki film, „Córki Dancingu” łączący w sobie horror i musical podbił krytyków na całym świecie. „Fuga” pojawiła się w Cannes w sekcji „Tydzień Krytyki”, na którym prezentują się głównie reżyserzy wchodzący do prawdziwego świata kina. Po dwóch rewelacyjnych dziełach można być pewnym, że na kolejny film Agnieszki czekać będziemy z niecierpliwością. Póki co zaś delektujmy się przesmaczną „Fugą”.

Film spodoba się zarówno miłośnikom niesztampowego i odważnego kina jak i zwolennikom głębszych, psychologicznych dzieł.

Polska premiera: 26 października

Climax

„Climax” to nie jest film w klasycznym tego słowa znaczeniu – gdzie główną rolę pełni fabuła. Tutaj ważny jest pejzaż. Ilustracja sytuacji, uchwycenie chwili. O przeszłości i przyszłości wiemy tyle ile wymaga zrozumienie kontekstu momentu.

Taniec, sangria, flaga, sangria, sex i jeszcze raz sangria. Napój ten, odpowiednio „wzmocniony” (o czym z początku nie wiedzą bohaterowie tego filmowego spektaklu) staje się prowodyrem szaleństwa które ogarnia bohaterów.

Film składa się z kilku wyraźnie zarysowanych części: przedstawienia (każda z osób ma możliwość powiedzenia cokolwiek, przez co możemy stworzyć sobie w głowach zarysy charakterologiczne postaci), części taneczno-gadanej (czyli po prostu mamy do czynienia z tradycyjną imprezą wypełniona ruchem i ploteczkami) oraz kulminacyjnego odurzenia.

W trakcie seansu spotykamy się z grupą młodych tancerzy – buzuje w nich krew, są żądni zarówno podboju świata jak i siebie nawzajem. Pochodzą z różnych środowisk, prezentują różne podejścia do życia, lecz łączy ich jedna wspólna pasja. Taniec jest tutaj niemożliwie hipnotyzujący i to wokół niego kręcą się wszystkie wydarzenia. Można nawet powiedzieć, że całe zdarzenie jest jak jedna wielka dramatyczna choreografia.

Zdefinować dla kogo tak naprawdę jest „Climax” jest ciężko. Dla przeciętnego widza może to być za dużo, dla zwolenników mocnych wrażeń może być jednak ciut za mało. Na pewno jednak godny polecenia jest dla osób lubiących eksperymentować z kinem.

Polska premiera: 9 listopada 

W ostatnim czasie równolegle miłośnicy kina wybrać się mogli do malowniczego Kazimierza na festiwal Dwa Brzegi. Szkoda, że dwa duże filmowe wydarzenia „mają czelność” odbywać się dokładnie w tym samym terminie – dla chcącego jednak nic trudnego, szczególnie wszystkie wesołe powsinogi chętnie zaliczą filmową ścieżką  oba krańce Polski.

Wasza HoSanna

Foto główne: Natalia Kubanow:

Foto: Focus Features/ Nordisk Film & TV-Fond, Le Pacte, Norwegian Film Institute, Motlys, Film i Väst, Eurimages/ Rectangle Productions, Arte France Cinema, Wild Bunch, Sacem, Be TV, Artemis Productions, Centre National de la Cinematographie (CNC), Les Cinemas de la Zone, Eskwad

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej Tekstów
W krainie Muminków – pierwszy kęs Finlandii

Chrup Chrup! Ta strona używa ciasteczek. Więcej informacji na ich temat znajdziesz w zakładce "Polityka Prywatności" O co chodzi?

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close