Królowa jest tylko jedna

„We will rock you” – och tak, Queen miażdzy, porusza, podbija kolejne pokolenia melofanów. Nie można się więc dziwić, że filmowa biografia jednego z najbardziej ikonicznych zespołów w historii muzyki rozbija boxoffice’owe banki na całym świecie. Zapraszam do recenzji „Bohemian Rhapsody”.

W skład zespołu Queen weszli astrofizyk, niedoszły dentysta, inżynier elektrotechniki oraz grafik – czyli innymi słowy gitarzysta Brian May, perkusista Roger Taylor, basista John Deacon oraz frontman Farrokh Bulsara, znany światy jako Freddie Mercury. Czwórka niezwykle kreatywnych osobowości odcisnęła niezmywalne piętno na światowej muzyce. Któż nie zna hitów jak „We Are The Champion”, „We Will Rock You, „Another One Bite’s The Dust” czy „Don’t Stop Me Now”? Kto z nas nie nigdy nie słyszał „Somebody To Love”, „Show Must Go On”, „I Want To Break Free”, „Under Pressure”, „A Kind Of Magic”, „Radio Gaga”, „Heaven For Everyone”… A przede wszystkim kto z nas nigdy nie zachwycił się kunsztem „Bohemian Rhapsody”? Prawdopodobnie żaden inny zespół w historii muzyki nie stworzył tylu przebojów, które tak mocno oddziałują na kolejne pokolenia.

Brzmienie tej grupy ciężko przyporządkować do jednego gatunku. Nawet według słów filmowego Briana Maya (Gwylim Lee) „nikt nie wie co oznacza Queen, ponieważ (Queen) nie jest jedną rzeczą”. W swojej twórczości mieszali oni m.in. rock, pop, disco, funk czy operę, do żadnego z nich nie podchodząc w sposób konwencjonalny, dlatego też tak ciężko do dziś komukolwiek naśladować ich styl.

Największym arcydziełem które zostało stworzone przez Królową jest „Bohemian Rhapsody” – utwór od ponad 40 lat zaskakujący słuchaczy brzmieniem oraz strukturą. Ten sześciominutowy pozbawiony refrenu zlepek gatunków jest nie tylko mistrzostwem muzycznym, ale także technicznym. W latach 70-tych nagranie dźwięku na którego składało się kilkanaście czy kilkadziesiąt ścieżek było nie lada osiągnięciem. Utwór ten całkowicie wymyślił Mercury, był on dla muzyka najukochańszym dzieckiem i największym eksperymentem.

Dlatego właśnie tytuł tego utworu posłużył jako nazwa filmu. Jego główny twórca, Freddie Mercury, jest postacią na której fokusuje się akcja. Z ekranowej historii możemy dowiedzieć się między innymi o pochodzeniu artysty – urodził się na Zanzibarze, był Parsem, a jego rodzinna religia to zaratusztarianizm; o związku z Mary Austin – jego partnerką, a później najlepszą przyjaciółką; wątek zaś dzikich imprez i rozwiązłego trybu życia wokalisty w najbardziej szalonym jego okresie zostaje pokazany w sposób raczej zdawkowy – moim zdaniem służy to filmowi. Dzieło to zachowuje równowagę między ukazaniem melodramatu (relacja Freddy’ego z rodziną oraz Mary), skandalicznej atmosfery przyklejonej do nazwiska frontmana Queen, procesów twórczych towarzyszących powstawaniu kompozycji zespołu oraz szaleństwa koncertowego.

Mnie osobiście zaciekawiły dwa wątki. Pierwszym była niesamowita pozytywna chemia między muzykami z Queen. Możemy zakładać, że wiele scen było podkoloryzowanych (nie jest z resztą tajemnicą, że w bardzo wielu przypadkach film jest głównie wariacją na temat prawdy), wiemy, że producentem filmu był Jim Beach, menadżer grupy, bardzo duży wpływ na tworzenie „Bohemian Rhapsody” mieli też Brian May oraz Roger Taylor. Widzimy jednak, że mimo niekiedy ostrych spięć, których nie zabrakło na ekranie, faktycznie tworzyli oni unikalną rodzinę. Drugi interesujący wątek to romans Freddie’go z Mary Austin (Lucy Boyton). O historii tej niewiele się mówi – niekiedy wręcz fani zespołu twierdzą, że obecność pewnej blondynki na zdjęciach Mercury’ego związana była z próbami ukrycia prawdziwej orientacji seksualnej wokalisty. Okazuje się, że nie tylko byli parą przez sześć lat (Freddie nawet oświadczył się kochance), ale także pozostali najlepszymi przyjaciółmi do końca jego życia. Muzyk zostawił w spadku „miłości swojego życia”, jak często nazywał Austin, sporą część swojego majątku oraz swoją rezydencję, tłumacząc, że gdyby sprawy potoczyły się inaczej byłaby jego żoną, więc to wszystko i tak należałoby do niej.

Film kończy się wraz z ikonicznym występem na koncercie Live Aid. Aby zakończyć odpowiednio kompozycję filmową zdecydowano się przyspieszyć pewne wydarzanie względem realnego czasu. Dzięki urwaniu historii w tym punkcie nie mamy do czynienia z najtrudniejszym okresem w życiu Mercury’ego, czyli walką z AIDS. Obecność choroby zostaje zaakcentowana w filmie, ale akcja nie zostaje nią nawet na chwilę zdominowana, tak jakby chciałby tego Freddy. Muzyk niemalże do końca życia zaprzeczał publicznie istnieniu swoich problemów zdrowotnych oraz pragnął, aby stały się one wyznacznikiem ostatnich lat jego życia. Muzyk w końcu sam podjął decyzję o przerwaniu leczenie. Jedna z ostatnich piosenek, którą skomponował to „The Show Must Go On”. 

Przedstawienie musi trwać!
Przedstawienie musi trwać! Tak!
Wewnątrz moje serce pęka
Mój makijaż może się złuszczyć
Lecz mój uśmiech wciąż pozostanie.

-tłumaczenie fragmentu „Show Must Go On”, nadirz, tekstowo.pl

Film podzielony jest na wyraźne dwie części oraz zakończenie. Pierwsza to droga na szczyt, druga to na tym szczycie bycie. Obie części są mocno wyważone i zaprezentowane w niezwykle właściwych proporcjach, pozwalających idealnie zrozumieć fenomen Queen oraz poczuć atmosferę panującą w zespole zaledwie w dwie godziny. Każda z części pokazuje nam dwie twarze Freddy’ego – jedna z nich należy do człowieka, który wie do czego dąży i do jakiego świata należy; druga do kogoś kto osiągnął wszystko co mógł i nie wie co dalej. Zmianę podkreśla ewolucja wizerunku frontmana Queen. Na przełomie ścina on włosy i zapuszcza charakterystycznego dla siebie wąsa.

Freddie Mercury i grający go w Bohemian Rhapsody Rami Malek.

Jeśli mowa o charakteryzacji – robota jest tutaj koronkowa. Postarano się, aby oddać wygląd muzyków w stu procentach. Największe cuda poczyniono przy postaciach Briana Maya oraz Johna Deacona granych przez Gwylima Lee oraz Jospeha Mazello. Bohaterów filmu ciężko odróżnić od oryginałów z tamtego okresu. Jedyny zarzut jest następujący – po postaciach wcale nie widać upływającego czasu – podchodzący pod 40-stkę muzycy cały czas mają twarze nastolatków. Mimo tego drobnego niedociągnięcia charakteryzacja stoi tutaj na wysokim poziomie – także grający Freddie’go Rami Malek miał „ulepszone” uzębienie, aby wyglądać jak obdarzony czterema dodatkowymi siekaczami Mercury.

Kolejną robotą w punkt w „Bohemian Rhapsody” są sekwencje koncertowe. Oddają zarówno magię roztaczaną przez zespół jak i energię widowni. Freddie jest tam prawdziwą i niepodzielnie panującą Królową sceny. Koncert Live Aid został nagrany 1:1 względem przekazu telewizyjnego z tego wydarzenia. W filmie pojawia się wersja skrócona o dwie piosenki („We Will Rock You” oraz „Crazy Stupid Things Called Love” – obie jednak pojawiają się w innych scenach koncertowych w trakcie trwania filmu). Wiemy, że scena o oryginalnej długości istnieje i prawdopodobnie zostanie umieszczona w materiałach specjalnych na blu-rayu.

Spotykam się z różnymi ocenami gry Ramiego Maleka. Moim zdaniem Mercury w jego wykonaniu ma w sobie odpowiednią dozę szaleństwa i dumy wymieszaną ze zwykłą ludzką wrażliwością. Czy został przedstawiony jako zidiociała persona? Absolutnie nie! Czy jak półbóg? Nie do końca, aczkolwiek czy właśnie bóstwem sceny Freddie nie był? Co ciekawe – pierwotnie frontmana Queen miał zagrać Sasha Baron Cohen. Istnieje ryzyko, że kontrowersyjny komik mógłby przerysować graną przez siebie postać.

„Bohemian Rhapsody” to świetna rozrywka, szczególnie gdy mamy możliwość obejrzenia filmu z najlepszej jakości dźwiękiem. Widzowie na całym świecie na ten tytuł „walą drzwiami i oknami” do kin. I ja takie rozwiązanie Wam proponuję ;)

Ostatnio kino ma szczęście do filmowych biografii wielkich muzyków. Niedawno pisałam o filmie „Lato”, które opowiada historię Wiktora Coja oraz leningradzkich punkowców lat 80-tych. Muzyka ma ogromny wpływ na nasze życie, nic więc dziwnego, że inspiruje twórców X muzy. Oby więcej udanych dzieł filmowych traktujących o dźwięku. Przed nami premiera „Narodzin Gwiazdy” z Lady Gagą (która z resztą swój pseudonim zawdzięcza jednej z piosenek Queen). Czekacie?

Wasza HoSanna

Foto: Twentieth Century Fox Film Corporation

Power your creative ideas with pixel-perfect design and cutting-edge technology. Create your beautiful website with Zeen now.

Więcej Tekstów
W krainie Muminków – pierwszy kęs Finlandii

Chrup Chrup! Ta strona używa ciasteczek. Więcej informacji na ich temat znajdziesz w zakładce "Polityka Prywatności" O co chodzi?

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close