Krakowski Festiwal Filmowy to święto „kina mniejszej wagi” – czyli dokumentalnego oraz krótkometrażowego. Warto się jednak zagłębić w to, co obejrzeć można było na jednym z najistotniejszych tego typu wydarzeń w Europie. Dziś Festiwal ma swój finał. Dowiemy się jakie dzieła zostaną nagrodzone. Tymczasem HoSanna przybliży Wam kilka filmów i filmiątek, które miała okazję na tym festiwalu obejrzeć, a które wywarły na niej wrażenie.
Dokumenty to zdecydowanie dzieła niedoceniane. Zdaniem autorki tego tekstu mają one zazwyczaj dużo większą wartość niż ich fabularne odpowiedniki – zarówno w formie książkowej jak i filmowej. Nie muszą koniecznie być artystycznie czy wizualnie gorszej jakości od tych „zmyślonych” historii. Ale za to to charakteryzują się mocnymi walorami poznawczymi. Pozwalają czytelnikom i widzom na poszerzenie ich światopoglądu. Nie tylko bawią, ale też uczą.
Jednym z najlepszych filmów jakie HoSanna miała okazję obejrzeć na mijającym 58. Krakowskim Festiwalu Filmowym był „Uniwersam Grochów” w reżyserii Tomasza Knittela. To laurka wystawiona światu, który mija – polskiej przeszłości, która dla niektórych ciągle jest teraźniejszością. Wielki sklep zamknięty został na przełomie roku 2015/16. W okresie swojej świetności był najwspanialszym obiektem handlowym w okolicy. Do samego końca był zaś kultowym obiektem i miejscem spotkań okolicznych starszych mieszkańców Grochowa.
Dokument w bardzo urokliwy sposób pokazuje klimat tego nieistniejącego już budynku. Czas się w nim zatrzymał, co istotne było dla wielu ludzi, którym miniona rzeczywistość odpowiadała najbardziej. Spotykane tam osoby były niczym relikty epoki sprzed ponad 20 lat. Wśród nich brylował technik, Pan Władysław, który rozbrajająco skakał po krześle udowadniając „że jak kiedyś coś zrobili, to miało 50 lat wytrzymać. Tego krzesła jeszcze przez 12 lat nie połamię”.
Dzieło to nie jest stworzone tylko dla sympatyków klimatu PRLu jeszcze gdzieś tlącego się w polskiej kulturze i świadomości, czy dla rodowitych Warszawiaków mających sentyment do najważniejszych niegdyś punktów na mapie stolicy. Ten film najprawdopodobniej wywoła uśmiech na twarzy każdego, kto choć raz zetknął się z postkomunistyczną rzeczywistością karykaturalnie wystającą ponad XXI-wieczne realia.

Okres który minął jest także „bohaterem” filmu „Soviet Hippie” wyświetlanego w ramach serii pokazów „Fokus na Estonię”. Być Hipisem w Związku Radzieckim nie było łatwo. Ale dało się! W pełnym tego słowa jarzącym się kolorami, brzmiącym psychodelą i pachnącym „trawką” znaczeniu. Zaczynamy poznawać świat radzieckich outsiderów od Estonii (chyba najbardziej pasującego do tego klimatu kraju ściany wschodniej), aby poznać rozległy radziecki świat „dzieci kwiatów”. Oprócz samej historii przedstawionej w filmie warto go obejrzeć także ze względu na bohaterów, frywolnych starszych panów którym nie wywietrzały z głowy ideały młodości, a także dla muzyki. Pełniła ona dla tego środowiska dużą rolę. Ona je wręcz stworzyła – ta zakazana „zła” awangardowa muzyka zepsutego zachodu. Dźwięki, które słyszymy w tym dokumencie nie są jednak tymi przemyconymi piosenkami, a estońską wyrośniętym z tych korzeni estońskim undergroundem, tworzonym między innymi na instrumentach zmontowanych przy pomocy ukradzionych z budek telefonicznych części (tu cytat z filmu „różnica była z tymi prawdziwymi instrumentami a naszymi taka, jakby kobiecie dać zamiast tampona gazetę).
Na wschodzie pozostaliśmy oglądając dzieła nagrodzonego Smokiem Smoków za całokształt twórczości Siergieja Łoźnicy. Autorka tekstu miała niewątpliwą przyjemność zetknąć się z dwoma dziełami tego, nie bójmy się użyć tego słowa, artysty. Tytuł pierwszego z nich, „Pejzaż”, świetnie oddaje jego strukturę. Przez większość filmu kamera prowadzi nas pomiędzy mieszkańcami rosyjskiego miasteczka czekającymi na przyjazd autobusu. Widzimy ich twarze, słyszymy urywki rozmów, dotykamy codzienności – nagranie jest właśnie tytułowym pejzażem rosyjskiego społeczeństwa.
Dużo mocniejszym filmem jest „Blokada” zrealizowana techniką found footage. Archiwalne nagrania z Sankt Petersburga pozwalają nam zapoznać się z historią (nie)sławnej blokady ówczesnego Leningradu. Od przygotowań do przetrwania oblężenia, przez naloty i bombardowanie miasta po okres zimy i głodu. Widzimy wyniszczenie pełnego zabytków miasta oraz tragedię zamieszkujących go ludzi. Dzięki obrazom z początku filmu widzimy, że nie byli oni wcześniej takimi „nędzarzami” jak w trakcie trwanie samej blokady. Śmierć zaś czaiła się za każdym rogiem, obsiewając ulice swoim mrocznym żniwem.
Kolejnym postradzieckim interesującym dokumentem jest „Wiara, Nadzieja, Miłość”. Trzy kobiety walczące o dobro swojego kraju, każda z nich robiąca to na swój sposób. Olga ściera się z Putinem i niesprawiedliwością, Anastazja to modelka która jako żołnierz wylądowała na froncie, a Natalia jest zawziętą przedstawicielką ruchu antyaborcyjnego. Zestawione są one z babcią reżyserki, która była dowódcą oddziału w czasie II Wojny Światowej i która do końca wierzyła w słuszność komunizmu. „Tylko kobiety mogą zmienić Rosję” powiedziała Natalia. Film ten pokazuje nam czym jest feminizm w realiach mocarstwa.

„Gwałt na Recy Taylor”. Z dokumentu dowiedzieć się możemy, że niegdyś Afroamerykanki były najbardziej narażoną na przemoc seksualną grupą kobiet w USA. Biali sprawcy przestępstw pozostawali bezkarni. Film ukazuje walkę czarnych kobiet o równość i nietykalność cielesną. Miała ona być jednym z głównych motorów napędowych do zmian, które doprowadziły do rozpowszechniania się idei tolerancji rasowej w Stanach. Jest to kawał dobrego, emocjonującego kina, które ukazuje nam z jednej strony kobiecą tragedię, jak i siłę i determinację.
Kobietą jest też tytułowa bohaterka „Snu Leokadii” Krzysztofa Nowickiego. Starsza Pani przez całe swoje życie związana była z małym sklepikiem z winylami w Barcelonie. Teraz, u schyłku życia, przychodzi jej żegnać się z tym miejscem. Póki jeszcze może dzieli się jednak swoją muzyką i pasją z innymi. Pani Leokadii dziś z nami nie ma, podobnie jak wielu innych bohaterów opisanych tutaj dokumentów. Dzięki tym nagraniom przetrwali oni jednak „na taśmie filmowej” wraz ze swoimi niesamowitymi historiami.
Trzy krótkometrażowe filmy animowane na które uwagę zwróciła autorka tekstu to „W Oka Mgnieniu”, „Obon” i „Się Zjada”. Pierwszy z nich jest kolejnym tutaj opisywanym dziełem dotykającym problemu gwałtu. Tym razem ten akt przemocy pokazany został w bardziej „artystyczny” sposób, zarówno z perspektywy ofiary jak i oprawcy. Widz przeżywa mocne cztery minuty wypełnione nieszablonowym obrazem. Nie mniejsze wrażenie wywiera „Obon”, inscenizujący jeden z ataków jądrowych na Japonię w czasie II Wojny Światowej. Jednak najdobitniejszy jest „Się Zjada” polskiej reżyserki Edyty Adamczak. Animacja ta, traktująca o ludzkim okrucieństwie i samolubności, może wręcz wydawać się odpychająca w formie i przekazie. Do każdego z tych trzech „filmiątek” (jak autorka tekstu lubi nazywać krótkometrażówki) trzeba podejść z mocnymi nerwami aby nie wyrządziły one umysłowi szkód moralnych.
Ostatnim opisanym tutaj dziełem z 58KFF będzie krótkometrażowy film aktorski „Zbawienie”. Nakręcony został na Islandii – a gdzie łatwiej o mroczny klimat niż w Skandynawii? Opowiada on historię kobiety należącej do Świadków Jehowy, której została przetoczona krew wbrew jej woli. Problemem jest fakt, że przedstawiciele tej grupy religijnej zdecydowanie sprzeciwiają się tego typu praktykom medycznym, niejednokrotnie wybierając śmierć siebie lub swoich bliskich w imię przekonań. Krew jest dla nich najświętsza. Bohaterka nie tylko musi się zmierzyć z ostracyzmem, ale też faktycznie po zabiegu zaczyna się z nią dziać coś bardzo niepokojącego. Granica między nią a osobą od której krew została pobrana zaczyna się zacierać…
Jaki ma wniosek HoSanna po zagłębieniu się w dzieła prezentowane na Krakowskim Festiwalu Filmowym? Dajmy dokumentom i krótkometrażówkom szanse!



